Sunday, 21 November 2010

no i klops!

Zastanawialiście się kiedyś czy psioczenie (określenie staroświeckie zaczerpnięte od mojej babci), gderanie i marudzenie może na was sprowadzić nowe kłopoty lub pogorszyć sytuacje o której wypowiadaliście się tak niepochlebnie na starcie?
Jeżeli tak jest, to jestem tego chodzący i oddychającym dowodem!
Nie więcej jak 4h po ostatnim wpisie piątkowym, gdy opuściłem już swoje piękne biuro i zmierzałem wraz z A. na zasłużony odpoczynek piątkowy aby godnie rozpocząć weekend zdarzyło się to co zdarzyć się nie powinno. W terminologii fachowej panów z wąsem: kolizja drogowa.
Mało tego, że z moim udziałem, to jeszcze w finalnej ocenie, przeze mnie sprokurowana!
Auto rozbite, mandat otrzymany, punkty przyznane! I to w kolejności następującej: Bardzo, 250 PLN, 6 pkt'ów!
I jak to nie wierzyć w dni chujowe i chujowsze?? W sprowadzania na siebie pecha i fatum losu który nie odpuszcza przegranym??? Miłej niedzieli kochani! Od jutro zostaję rzucony w środki masowego rażenia!!!

Friday, 19 November 2010

Kraj kontrastów

Wylewając kolejne żale czuję się jak typowy Polak. Więc kolejne pytanie? Czy tak trudno być Polakiem optymistą?
A co gorsza, co zrobić, gdy wydaje Ci się, że nim jesteś i trafiasz na ścianę?

Polska to ciekawy kraj. Nie uważacie? Oto kolejny przykład.

To chyba jedyne tak ortodoksyjne miejsce na świecie, gdzie niektórzy przedstawiciele rodzimej sceny politycznej nadal wyrażają się o homoseksualizmie w kategoriach zboczenia/dewiacji lub choroby jednocześnie swoimi decyzjami zmuszając większość społeczeństwa do prostytuowania się.
Wyjaśnię, bo sprawa niby znana, a jednak nieco jak kinder niespodzianka, wiesz, że coś jest w środku, a mimo to czujesz się zaskoczony. Tyle, że przy kinderze często miło, rzadziej nie, a politykach i realiach Polski odwrotnie.

Jak to jest, że wystarczy być na dole drabiny żeby wszyscy od razu uznali, że można cię, wybaczcie określenie, mogli ruchać w dupę bez wazeliny? I to w świetle prawa.

Weźmy niusa, którego usłyszałem dwa dni temu jadą z pracy do domu. Nius miał być optymistycznym ujęciem pesymistycznej zapowiedzi. Podwyżka cen prądu dla klientów indywidualnych od stycznia 2011 roku nie wyniesie ponad 10% a jedynie ok.4-5%! Nic tylko lecieć po szampana do Żabki i świętować nieprawdaż?

Kontynuacją tej radości była dzisiejsza rozmowa z A. gdy dowiaduję się, że jeden z głównych dostarczycieli energii elektrycznej w tym kraju na przeciętną imprezę integracyjną wydaje ok. 30.000 PLN! A imprez w roku organizuje ok. 10-15........
Skąd te budżety? Ano z np. tzw. gotowości przesyłowej. Czyli stałej opłaty miesięcznej za to tylko kochani, że macie w domu ten luksus zwany prądem elektrycznym na każde zawołanie. Pstrykasz włącznik i hej presto! Lux es!
Takie podatek od luksusu którym niewątpliwie w anno domini 2010 nadal w Polsce pozostaje prąd! Jak to mawia córka mojej koleżanki "żal.pl". Drogi ten żal.








Monday, 15 November 2010

Zły blogger ze mnie

Ok, tak, przyznaję się. Marny ze mnie blogger. A raczej blogger ze mnie do przypadku do przypadku. I tak jak Kominek (moja dziewczyna zaznajomiła mnie z owym Panem, a czyta go namiętnie z dzienną rotacją), nie komentuję każdego swojego dnia w kraju środka (nieee, nie Chiny, środka Europy) - dla niezaznajomionych z Geografią Europy nadmienię, że leży on właśnie w Kaczogrodzie, ups, Bronistanie.
Kominek dwoi się i troi a ja się lenię. Więc posty zamiast sypać się z rękawa pojawiają się tak rzadko, że nadal nie mam na blogu reklamy za półtora kloca na miesiąc, a nie ukrywam, chciałbym mieć.
Koniec z tym biczowaniem się. Mój kolejny post po dwóch miesiącach milczenia nie może być o niczym. Zwłaszcza, gdy w weekend spotkało się swojego pierwszego pozytywnego followersa, to po a., oraz, że nasza rozmowa z P. nawiązywała do poprzedniego wpisu, to po b.
Jednym słowem pomarudziliśmy sobie na korporacje.
Czy zauważyliście, że korpa jest jak ospa? Każdy Polak urodzony po 75 a przed 95 już przez nią przeszedł, różnie go doświadczyła, otrząsnął się z niej po indywidualnym okresie czasu, lub dalej w niej tkwi myśląc, łudząc się, że to już nie potrwa długo.
Nie chce wracać do tego tematu, ale jedną rzeczą muszę się pochwalić. Każdy człowiek ma bowiem swoje chwile chwały, lub takie, które sam sobie chwałą mianuje. Są krótkie, rzadko przychodzą, a co gorsza niezapowiedzianie!
Moje dwie związane z korporacją to:
1. 2007 rok - mam spotkanie z moją korporacyjną szefową w pokoju zwierzeń (okres Wielki Brat więc i nazwa adekwatna do nastrojów społecznych). Proszę o spotkanie, ona myśli, że będę domagał się podwyżki, a ja odchodzę. Po prostu. Mam plany, wyjeżdżam, sorry.
Ona nie domaga się wyjaśnień. Mówi: trudno, szkoda, rozumiem.
Nie, nie, to nie jest ten moment, ten przychodzi później i na raty. Dowiaduję się, że mnie nie lubiła, ale moją następczynię wywaliła po 5 miechach.......TERAZ!
2. 2010 rok - ten wiąże się z moim poprzednim wpisem. Inna korpa ta sama indoktrynacja.
Swoją drogą czy myślicie, że są na świecie kursy (bo studia to chyba nie) z bycia korporacyjnym trybikiem na piątkę z plusem? Jeżeli są to poproszę o namiar. Mam listę "przyjaciół" do wysłania.
Ale wracają do chwili triumfu powiem tak: korpa + ja + podpisany kontrakt + telefon w 4. dniu rano do menedżera + odejście = łysy facet z miną taką, że mógłby stać na poboczu drogi i pobierać opłatę za przejazd autostradą bezpośrednio do ust! :D

Kolejny post postaram się popełnić jeszcze w tym roku, ale nic nie gwarantuję.




Sunday, 19 September 2010

Jakby nie patrzeć okazja ugryzie Cię w dupę!

Czas zapierdziel niemożliwie i od mojego powrotu na rejony lepiej mi znane minęło już, uwaga! 4 miesiące z hakiem! Kuuuuuuurde!

Sezon grillowy w UK już zapewne się kończy a w PL trzeba się szykować na zimę, która jak mówią w mediach (media zawsze kłamią) ma być gorsza niż zeszłoroczna. Tamtej nie dane mi było uświadczyć, a tej nadchodzącej już się boję.
Tyle tytułem przydługiego wstępu do tego wpisu. 4 miesiące minęły i pomimo że zatrważająco szybko i nie wiem sam kiedy to kilka ważnych/istotnych wydarzeń w sobie zawarły. Niektóre pamiętam doskonale, inne zatarły się tak silnie, że tygodnie stały się dniami, a miesiące jedynie kolejnym wizerunkiem Audrey na ścianie sypialni.
Dzisiaj o jednym z tych, które pamiętam świetnie: epizodzie w korporacji.

Otóż jakiś czas temu, po wysłaniu ok. 20 aplikacji w formie e-maila otrzymałem propozycję pojawienia się na tzw. interview. Pomyślałem super.
Cóż, rzeczywistość bywa brutalna i diametralnie różna od tego co sobie wymarzymy.
3 etapy (1 telefoniczny i 2 twarzą w twarz), potem 2 tygodniowe szkolenie, dress code, karty czipowe, kody dostępu, klauzule poufności....a potem lądujesz w boxie (kubiku swoim z 2 ściankami gipsowymi o wysokości 1 metra), przez monitorem, słuchawkami na głowie i lecisz robotykę 8,5 h dziennie aż skończy się świat, padnie Ci mózg, lub skoczysz oknem z tego 15 piętra!
Mój epizod w korporacji trwał 3 dni........
A Wasz?

Czy popełniłem błąd? Okaże się.

Sunday, 12 September 2010

Globalna wioska

Wydaje mi się, ze czasem postęp komunikacyjny może być zwyczajnie okropny. Szczególnie w wypadku dostępności informacji w trybie "live". Rozumiem samoloty, które przedostanie sie z jednego końca Europy na drugi zmieniają w 5 rozdziałów nudnej książki, dwie kolorowe gazety lub szybki sen na wysokościach. Na granicy, ale jednak zgadzam się na telefony czy nawet skype, gdy nie dość ze słyszysz to jeszcze widzisz co Twój stary kumpel akurat dzisiaj będzie miał na obiad, jaka ma nowa koszule lub nowa dziewczynę. OK!
Czemu wiec tak wkurwiła mnie dzisiejsza relacja wyścigu Formuly 1 w jednej z komercyjnych telewizji?
Coz, mysle, ze wina to glownie pogody polskiej, ktora aby uciec nieco w eufemizm: nie rozpieszcza, zeby nie powiedziec, ze od conajmniej 3 tygodni chujem smierdzi i psa na dwor nie wygonić! I nagle, kontemplujac na kanapie ten syf za oknem, gdy godzina 14:30 wyglada juz jak conajmniej 19 widze tych Wlochow!! Podkoszulki, gole klaty, okulary sloneczne, krotkie spodenki! Kuuurwa mac! nie wtrzymalem! Niby nic, a jednak lot odpalony- bomba frustracji pogodowej ruszyla!

Tuesday, 7 September 2010

Repatriant na dorobku

Blog powinien byc chyba w swoim zalozeniu, swojej idei powstania, odzwierciedleniem mysli, dzialan i wydarzen z zycia swojego autora. Takim zerojednynkowym zapisem tego co w realu.

Moj ostatni wpis tutaj to luty 2010............
Slomiany zapal? Byc moze. Natlok wydarzen? No toz tylko o nich blogowac tak? Coz.......

Dzieki Bogu (w Boga nie wierze, ale wyrazenie utarlo sie i w mojej swiadomosci jezykowej) udalo mi sie dobic juz wrzesnia roku panskiego (kolejne!!!).
Zmian co niemiara! Ale poniewaz nie mam zamiaru ocierac sie tutaj o zaden elektroniczny exhibicjonizm nie bede o nich mowil wcale. Jedno jest jasne: Anglia zamienila sie w Polske, kamienista plaza w wykaszany nieregularnie trawnik i betonowy chodnik! Zimne lato i ciepla jesien w cieple lato i cholernie zimna jesien! Tyle co do zmian na ten moment. O kolejnych zapewne niebawem.
Wazne jest jedno: Polska nie taka straszna a kto mowi inaczej ma jakies ukryte powody. Generalizowac nie warto i nie powinno sie, chyba ze na sile chce sie samemu sobie i wszystkim dookola udowodnic cos co istnieje tylko w czyjejs glowie. Kropka. Koniec manifestu!

P.S. Polskie znaki zapisu powroca gdy w koncu i moj komputer odzyska swiadomosc przebywania w tym kraju w srodku Europy, gdzie samochody ciagle.....itd. Jak narazie dumnie trzyma sie swojego przekonania ze za rogiem stoi fish and chips a ekipa jezdzi z lewej strony. Walka trwa.



Thursday, 25 February 2010

Wybory przyszlego emigranta

Natchniety niedawnym weekendowym wypadem do Dublina zaczalem zastanawiac sie nad wyborami ktorych dokonujemy bedac w Polsce, bedac za granica i o wyborach w ogole.

OK, kazdy przyszly czy tez niedoszly emigrant (gdy po prawdzie wystarczyloby w tym miejscu napisac: Polak, bo kazdy w Polsce) choc raz myslal o emigracji. Wyplata nie wpadla, auto stukneli a PZU dalej sie wykreca, zima trwala o 1 miesiac za dlugo, ogladales posiedzenie Sejmu o kilka sekund za dlugo etc.etc. Mysl byla. U wielu nie pojawila sie jednak, nastepujaca po niej, silna chec realizacji. Ci ktorzy pomysleli i sie zawzieli wedlug niektorych oficjalnych kanalow informacji "zdradzili swoj kraj, bo sa leniami, ktorym nie chcialo sie pracowac", wedlug innych (nie zwiazanych tak silnie z ekipa za sterem) wykazali sie inicjatywa, determinacja i pomyslem. Chcieli zmienic swoje zycie i zrobili to. O efektach tej zmiany pozniej.


Emigracja, rozumiana bezposrednio jako wyjazd, ma byc poprawa bytu. Prosta, przyziemna, codzienna. Ma nam sie na tej obcej ziemi zyc lepiej, latwiej, przyjemniej, bardziej dostatnio niz na ziemi rodzinnej.

Czy jednak doglebnie analizujemy cel podrozy? Czy konsultujemy swoje wybory z rodzina, przyjaciolmi? A moze zdajemy sie na zdanie obcych, znajomych znajomych, ktorzy juz gdzies byli, lub sam tam nadal? Kuzyn sasiada z gory to naprawde wystarczajaca rekomendacja dla Liveropoolu? Dawny kumpel z liceum zachwali nam Amsterdam na tyle ze wybierzemy go na swoj nowy dom? Jakimi kierujemy sie przeslankami? Pogoda (ulubiony wyznacznik mojej mamy. Wedlug niej idealne miejsce na swiecie to Tel Aviv. Srednia temp. roczna +25 stopnii. A bombowcy samobojcy, coz, moglo byc gorzej, mozna mieszkac na osiedlu Ruchu Chorzow), standard zycia? znajomosc jezyka tubylcow? wysokosc zarobkow (to chyba najczesniej wybierany)? Kazdy wlasciwie tak samo dobry i istotny na starcie.


Co jednak, gdy zle sie wybralo a zorientujesz sie juz po fakcie. Osiadles gdzies, zadomowiles sie, myslisz ze jest ok i jeb!
Wracajac do kilkudniowego wypadu do Dublina, od ktorego zaczalem ten post. Kilka faktow podanych na sucho:
Minimalna pensja to 9,50 euro na reke (w UK, "u nas" 5,12).
Koszt wynajmu 3 pokojowego mieszkania ok.1200 euro (u nas ok. 1500-2000).
Tygodniowy zasilek dla bezrobotnych 198 euro tygodniowo (u nas 60 funtow).


Analizujac powyzsze i biorac pod uwage, ze dzieki pazernosci jednych i glupocie drugich (o ile to nie ci sami, co szczerze mowiac podejrzewam) siedzimy w srodku credit cruncha, mozna by stwierdzic krotko: zla kurwa wyspa panowie i panie!


Sa jednak i minusy (zawsze musza byc jakies minusy!!! To jak wygrac 10 baniek w Totka i zaraz potem pomyslec: jebany podatek od wygranych to 40%, kuuuuuuurwaaaaaa).


Big Mac Zestaw w MacSzicie to wydatek ok. 8-9 euro (u nas nie wiecej niz 5 z hakiem).
Dzienny bilet na linie komunikacji miejskiej to 6 euro (u nas 4,40).
I cos, od czego powinienem byl zaczac, a zostawilem na koniec, sprawa podstawowa, absolutny polski priorytet, ceny alkoholu. I to zarowno tego spozywanego w knajpach jak i kupionego w sklepie i konsumowanego w domowym zaciszu!


Wsadzcie sobie w dupe te 9,50 na godzine, gdy kufel piwa kosztuje 5,50. Ten kto powiedzial ze Irlandczycy lubia wypic klamal! Bo pijak nigdy nie dopusci do tego zeby woda kosztowala wiecej niz zestaw w Macu! NIGDY!


Zostaje tam gdzie jestem. Tam gdzie morze szumi, mewy skrzecza, boisko do pilki dalej jest prostokatne, a pint'a kosztuje max. 3,50!

Friday, 29 January 2010

Religijni emigranci


Z okazji soboty kilka pytan i obserwacji z minionego tygodnia. Dzisiaj: wiara i religia.

Co 10 osoba w tym kraju z ktora mam kontakt, a ze z racji swojej pracy mam kontakt z ok.30-40 osobami dziennie (Nie, nie jestem ankieterem ani Swiadkiem Jehowy) deklaruje jakiekolwiek religious believes, reszta nic. A i ten dziesiaty apostol pewnie klamie, bo pewnie w cos tam kiedys myslal ze wierzyl...
Jakiekolwiek definuje wiec jako wierzenia zawierajace sie w pelnym spectrum, od buddyzmu po bajfal, od katolicyzmu po hare krishna. Co jednak, gdy stojac na czerwonym swietle do przejscia dla pieszych wiesz juz, ze obok czai sie niedowiarek? Baaaa, malo powiedziane, jest ich tam dziewieciu a Ty sam.

Polska w jednej dziedzinie absolutnie przoduje na kuli ziemskiej i w bledzie ten, kto sadzi, ze chodzi o spozycie plynnego kartofla czy tez klotnie sejmowe. Pierwsza dziedzine na zawodostwo przekuli nasi wielcy wschodni sasiedzi, co do drugiej polecam obradu parlamentu Tajlandii.
Chodzi o architekture sakralna. Liczba kosciolow, bazylik i katedr oddawanych do uzytku wiernych rok rocznie w Polsce (swoja droga konia z rzedem temu, kto wyjasni mi kiedys czym one sie od siebie roznia) jest wprost proporcjonalna do liczby kosciolow zamykach w Europie zachodniej. My mnozymy a oni dziela.
Dziela je miedzy te juz zamkniete i ziejace upadkiem, zapuszczeniem i zapomnieniem. Gdzie wyblakla farba luszczac sie ze scian i drzwi wejsciowych przypomina i pustej tacy koscielnej.
Te zaadoptowane, od pomieszczen mieszkalnych, po lokale uzytkowe (przypomina mi sie glosna kiedys w PL sprawa kosciola w Holandii przerobionego na klub nocny), i te na wymarciu.

Przyznaje sie szczerze, w ciagu ostatnich 3 lata w koscielem bylem 3 razy. Slub znajomych nie licze, na Swieta zaciagnela mnie matka. No a ten ostatni raz....ciekawosc. Jak tez modla sie Angole. Coz......modla sie po cichu i chyba jakos zdalnie, bo Ci ktorych spotkalem w kosciele na tradycyjnej popoludniowej mszy w ktoras niedziele modlili sie juz chyba tylko o wygodna trumne lub wolne miejsce w domu spokojnej starosci. Kosciol do ktorego skierowalem swe kroki, biorac pod uwage liczbe wiernych, ktorych przyjmuje w swoim prime-time, moznaby zaaranzowac w ogrodowej szopie. Podsumowujac, wszedlem i zostalem zauwazony. Nowy wierny w spolecznosci duchowej to prawie jak nowy Mesjasz. Chociaz jedyne co zwiastuje to to, ze lokalni ksieza powinni zaczac przyswajac sobie jezyki nowej, powiekszonej wspolnoty europejskiej.

Sunday, 24 January 2010

jak donosza statystyki


Mialem dzisiaj okazje sprawdzic sie w zupelnie nowej roli. Ale od poczatku. Jak donosza statystki (czytaj namolny onet.EU, ktory pomimo usilnych mych prob zmiany na onet.PL, dalej mi sie laduje z butami w zycie internetowe) co 4 dziecko urodzone w Londynie krewnych ma nad Wisla. Polakow najmniejszego kalibru w Zjednoczonym Krolestwie przybywa i chyba juz kazdy ma znajomych, ktorzy staneli przed dylematem Jacek czy Jack, Roza czy Rose. O ile sam nie jest ojcem/matka na emigracji. Ja nie jestem, a dylemat moj inny.
Co kupic dziecku na pierwszy prezent (isc z pustymi nie wypada)??

Plec: dziewczynka, wiek:2 tygodnie, imie: niewazne w tym temacie. Kubka z imieniem nie planuje kupowac. Nie uniesie bidula mala.

Razem z wiernym kompanem mym Wojciechem (rowniez nierozplodzony na chwile obecna) ruszylismy do niezawodnego H&M. Ubierasz kontynenty? Dopomoz i tym razem!

I tutaj pojawia sie kolejna dygresja, ktorymi stoi ten post. Jezeli ktos pamieta film o trzech facetach i dzieku (Tom "Magnum" Selleck, Steve Gutenberg i ten trzeci) wie, ze rwanie babek ino na dziecko (ewent. psa- wariant parkowy). A ha! Nie trzeba jednak kupowac kury zeby miec jajka! :D:D:D
I bez dziecka sie da.....wystarczy w sklepie z dzieciecymi gadzetami wykazac sie absolutnym brakiem wiedzy, wyczucia i umiejetnosci myslenia gabarytowo przestrzennego!

Stwierdzam, ze ekspedientki w sklepach z zabawkami i ubrankami dziececymi dobierane sa wedlug ewidentnego klucza. One maja wzbudzac w klientach mysli o rozplodzie!!!
Meskich klientach, chociaz, wroc, to Brighton w koncu....

Wednesday, 13 January 2010

Noworoczne odarcie ze zdrowegu rozsadku

Dla jednych nowy rok to kolejna czerwona data w kalendarzu, a tym samym okazja do tradycyjnej noworocznej najebki byle gdzie (tradycyjne pod chmurka z flaszka taniego szampanowca) , byle z kim (ej zeby jeszcze pamietac jego/jej imie dnia drugiego), byle jak....no jakos trzeba tak?


Dla innych to nic nie znaczy, kupuje nowy notatnik osobisty vel. organizer i jak co roku przysiegam sam sobie, ze bede go aktualizowal, zapisywaj sobie wszystkie TO DO, zagladal tam, by pamietac.

Co jednak zrobic, gdy nie dosc ze to coroczne gowno, dzieki Bogu darmowe, lezy na polce, stole, biurku, a ja srednio raz na 2 miesiace przypominam sobie o jego istnieniu i wtedy mam ochote wpisac tam jak najwiecej sie da za jednym zamachem. Ze niby nie daje dupy, pamietam, zapisuje, organizuje sie i w ogole jestem profi i cacy. A gowno, nie jestem. Organizer nie dla mnie. Ale ze ma nowy na 2010 to chociaz pamietam jaki mamy rok.

Ci bardziej natchnieni maja inny hype! Postanowienia noworocznej, New Years Resolutions. Zupelnie osobiste, lub powtarzanej kazdemy w kolejce do baru tuz po polnocy, gdy peak juz minal i zostalo jedno, najebac sie szybciutko i off we go na afterek. Ewakuuj sie z klubu.

Tresc postanowienia niewazna, osobiste? Bzdura! Panuje chyba przekonanie, ze im wiecej razy powtorzy sie jego tresc nabierze ono mocy sprawczej. Co wypowiedziane staje sie rzeczywiste!

Rzucilem palenie,coz dobrze dla Ciebie, zle dla Philipa Morrisa, Nie jem wiecej fast-foodow (przy wadze 130 kg to jak zero fajki przy raku z przerzutami...too late! Nie zdradasz juz swojej panny, no to kolega przejmie kochanke. Recycling kultury w nowej odslonie! :D

Tuz po nowym roku wzrasta ponoc liczba osob uprawiajacych jogging na najlepszej do tego trasie wiodacej wzdluz wybrzeza. Sam nie poczynil bym tej obserwacji nawet za milion lat, bo sam nie biegam. Podsunieta mi przez znajomego (zapalonego biegacza) na poczatku byla zupelnie niezrozumiala. Wiecej biegaczy? Zima? Na tym mrozie? A nie latem? what the fuuck? Pojebani?!
Potem przyszlo oswiecenie: postanowienia noworoczne! BINGO!
Zaczynaja biegac zeby zrzucac te swiateczne opony, te piatkowe kebaby, te niedzielne roast obiady! Piwko i crispsy same sie nie straca.........niestety slomiany zapal wygrywa i z przyjsciem wiosny (mysle, ze marzec max) liczba biegaczy na seafroncie wraca do normy.

Trudno, do nastepnego sylwestra......moze i ja cos sobie postanowie na szybko. Bezmyslnie zjebalem rzucajac palenie juz 5 miesiecy temu. Taka okazja przeszla kolo nosa!



Tuesday, 12 January 2010

English winter wonderland

Zima dalej trzyma w wiekszosci miejsc na polnocnej polkuli. Niektore radza sobie z tym zupelnie dobrze (te przywykle do zimna, gdzie ludzie raczej kumaja, gdyz dane im bylo przynajmniej kilka lat doswiadczenia z temperaturami below zero) lub zupelnie zle (patrz UK, Irlandia, UK).


Nabralo to w miejscu mojego obecnego bytowania rozmiarow katastrofy jak z filmu 2012 chociaz dop. zaczal sie 2010 i czekaja nas jeszcze conajmniej 2 sezony imprez na Ibizie, z 2 dobre sezony House'a i dwie marne plyty polskiego rocka niesmiertelnego (mozecie sobie tutaj sami wstawic nazwy kapel lub spiewakow, ktorych za takich wlasnie postrzegacie). Zime 24h da sie przezyc. Oglasza sie stan kleski, barykaduje (najlepiej w pubie) i czeka! Az samo przeminie.

Przypomina mi sie scena z angielskiej, jakze by inaczej, komedii "Shawn of the Dead" - atakuja hordy zywych-umarlych? Wal na pub, zatrzaskuj drzwi, racz sie bitterkiem i czekaj na kawalerie.

Kazdy kolejny dzien zdawal sie jednak odwlekac zbawienie, a tym samym awaria zimowa jak stan wyjatkowy, szarzal! To jak nius dnia, jutro jest juz niusem wczorajszym. 5 minutowa gwiazdka skandalu nie moze przeskoczyc na minute szosta etc etc. hit wakacji we wrzesniu pikuje jak polska mysl atomowa..........dno den z ta zima!

Jeszcze gorzej, gdy jak niektorzy twoje wynagrodzenie nie jest odlane w betonie, a Ty wlasnie taki beton wylewasz (lub kujesz, na jedno wychodzi!), i kazdy dzien oddala Cie od komfortu i bilansu na koncie, po ktore tutaj przyjechales. Co robic gdy zima sie ekonomiczne wcina? Ogarnac sie!!!

2 tydzien nawet Rocco nie wytrzyma, wiec i Anglik musi odstawic swego pinta i ruszyc w boj z elementem. Najpierw jednak, zakupy.
Sklepy ze wszystkim i tanio, w stylu TkMaxia, Prajmaniego etc. kurtek zimowych, czapek czy rekawiczek nie maja juz dawno! Nawet w erze kredit krancza i ostrej zimy liczy sie dobry konsumpcyjny charakter spoleczenstwa. :D:D