Thursday, 2 June 2011

Oj konsekwencja i terminowość w połączeniu z systematycznością nie są moimi mocnymi stronami.
Wpisów jak na lekarstwo....
Zamiast jednak bić się w piersi zacząłem się zastanawiać, czy może terapeutyczność niniejszego bloga (i kubły skarg wylewane w ostatnich kilku wpisach) nie doprowadziły do cudownego uleczenia bloggera i wpisy ustały jako jasny sygnał poprawy.

Cała zima do zrelacjonowania, nowe pomysły i przemyślenia (bardziej optymistyczne) do opisania.
Do dzieła!

Od jutra......:D

Sunday, 21 November 2010

no i klops!

Zastanawialiście się kiedyś czy psioczenie (określenie staroświeckie zaczerpnięte od mojej babci), gderanie i marudzenie może na was sprowadzić nowe kłopoty lub pogorszyć sytuacje o której wypowiadaliście się tak niepochlebnie na starcie?
Jeżeli tak jest, to jestem tego chodzący i oddychającym dowodem!
Nie więcej jak 4h po ostatnim wpisie piątkowym, gdy opuściłem już swoje piękne biuro i zmierzałem wraz z A. na zasłużony odpoczynek piątkowy aby godnie rozpocząć weekend zdarzyło się to co zdarzyć się nie powinno. W terminologii fachowej panów z wąsem: kolizja drogowa.
Mało tego, że z moim udziałem, to jeszcze w finalnej ocenie, przeze mnie sprokurowana!
Auto rozbite, mandat otrzymany, punkty przyznane! I to w kolejności następującej: Bardzo, 250 PLN, 6 pkt'ów!
I jak to nie wierzyć w dni chujowe i chujowsze?? W sprowadzania na siebie pecha i fatum losu który nie odpuszcza przegranym??? Miłej niedzieli kochani! Od jutro zostaję rzucony w środki masowego rażenia!!!

Friday, 19 November 2010

Kraj kontrastów

Wylewając kolejne żale czuję się jak typowy Polak. Więc kolejne pytanie? Czy tak trudno być Polakiem optymistą?
A co gorsza, co zrobić, gdy wydaje Ci się, że nim jesteś i trafiasz na ścianę?

Polska to ciekawy kraj. Nie uważacie? Oto kolejny przykład.

To chyba jedyne tak ortodoksyjne miejsce na świecie, gdzie niektórzy przedstawiciele rodzimej sceny politycznej nadal wyrażają się o homoseksualizmie w kategoriach zboczenia/dewiacji lub choroby jednocześnie swoimi decyzjami zmuszając większość społeczeństwa do prostytuowania się.
Wyjaśnię, bo sprawa niby znana, a jednak nieco jak kinder niespodzianka, wiesz, że coś jest w środku, a mimo to czujesz się zaskoczony. Tyle, że przy kinderze często miło, rzadziej nie, a politykach i realiach Polski odwrotnie.

Jak to jest, że wystarczy być na dole drabiny żeby wszyscy od razu uznali, że można cię, wybaczcie określenie, mogli ruchać w dupę bez wazeliny? I to w świetle prawa.

Weźmy niusa, którego usłyszałem dwa dni temu jadą z pracy do domu. Nius miał być optymistycznym ujęciem pesymistycznej zapowiedzi. Podwyżka cen prądu dla klientów indywidualnych od stycznia 2011 roku nie wyniesie ponad 10% a jedynie ok.4-5%! Nic tylko lecieć po szampana do Żabki i świętować nieprawdaż?

Kontynuacją tej radości była dzisiejsza rozmowa z A. gdy dowiaduję się, że jeden z głównych dostarczycieli energii elektrycznej w tym kraju na przeciętną imprezę integracyjną wydaje ok. 30.000 PLN! A imprez w roku organizuje ok. 10-15........
Skąd te budżety? Ano z np. tzw. gotowości przesyłowej. Czyli stałej opłaty miesięcznej za to tylko kochani, że macie w domu ten luksus zwany prądem elektrycznym na każde zawołanie. Pstrykasz włącznik i hej presto! Lux es!
Takie podatek od luksusu którym niewątpliwie w anno domini 2010 nadal w Polsce pozostaje prąd! Jak to mawia córka mojej koleżanki "żal.pl". Drogi ten żal.








Monday, 15 November 2010

Zły blogger ze mnie

Ok, tak, przyznaję się. Marny ze mnie blogger. A raczej blogger ze mnie do przypadku do przypadku. I tak jak Kominek (moja dziewczyna zaznajomiła mnie z owym Panem, a czyta go namiętnie z dzienną rotacją), nie komentuję każdego swojego dnia w kraju środka (nieee, nie Chiny, środka Europy) - dla niezaznajomionych z Geografią Europy nadmienię, że leży on właśnie w Kaczogrodzie, ups, Bronistanie.
Kominek dwoi się i troi a ja się lenię. Więc posty zamiast sypać się z rękawa pojawiają się tak rzadko, że nadal nie mam na blogu reklamy za półtora kloca na miesiąc, a nie ukrywam, chciałbym mieć.
Koniec z tym biczowaniem się. Mój kolejny post po dwóch miesiącach milczenia nie może być o niczym. Zwłaszcza, gdy w weekend spotkało się swojego pierwszego pozytywnego followersa, to po a., oraz, że nasza rozmowa z P. nawiązywała do poprzedniego wpisu, to po b.
Jednym słowem pomarudziliśmy sobie na korporacje.
Czy zauważyliście, że korpa jest jak ospa? Każdy Polak urodzony po 75 a przed 95 już przez nią przeszedł, różnie go doświadczyła, otrząsnął się z niej po indywidualnym okresie czasu, lub dalej w niej tkwi myśląc, łudząc się, że to już nie potrwa długo.
Nie chce wracać do tego tematu, ale jedną rzeczą muszę się pochwalić. Każdy człowiek ma bowiem swoje chwile chwały, lub takie, które sam sobie chwałą mianuje. Są krótkie, rzadko przychodzą, a co gorsza niezapowiedzianie!
Moje dwie związane z korporacją to:
1. 2007 rok - mam spotkanie z moją korporacyjną szefową w pokoju zwierzeń (okres Wielki Brat więc i nazwa adekwatna do nastrojów społecznych). Proszę o spotkanie, ona myśli, że będę domagał się podwyżki, a ja odchodzę. Po prostu. Mam plany, wyjeżdżam, sorry.
Ona nie domaga się wyjaśnień. Mówi: trudno, szkoda, rozumiem.
Nie, nie, to nie jest ten moment, ten przychodzi później i na raty. Dowiaduję się, że mnie nie lubiła, ale moją następczynię wywaliła po 5 miechach.......TERAZ!
2. 2010 rok - ten wiąże się z moim poprzednim wpisem. Inna korpa ta sama indoktrynacja.
Swoją drogą czy myślicie, że są na świecie kursy (bo studia to chyba nie) z bycia korporacyjnym trybikiem na piątkę z plusem? Jeżeli są to poproszę o namiar. Mam listę "przyjaciół" do wysłania.
Ale wracają do chwili triumfu powiem tak: korpa + ja + podpisany kontrakt + telefon w 4. dniu rano do menedżera + odejście = łysy facet z miną taką, że mógłby stać na poboczu drogi i pobierać opłatę za przejazd autostradą bezpośrednio do ust! :D

Kolejny post postaram się popełnić jeszcze w tym roku, ale nic nie gwarantuję.




Sunday, 19 September 2010

Jakby nie patrzeć okazja ugryzie Cię w dupę!

Czas zapierdziel niemożliwie i od mojego powrotu na rejony lepiej mi znane minęło już, uwaga! 4 miesiące z hakiem! Kuuuuuuurde!

Sezon grillowy w UK już zapewne się kończy a w PL trzeba się szykować na zimę, która jak mówią w mediach (media zawsze kłamią) ma być gorsza niż zeszłoroczna. Tamtej nie dane mi było uświadczyć, a tej nadchodzącej już się boję.
Tyle tytułem przydługiego wstępu do tego wpisu. 4 miesiące minęły i pomimo że zatrważająco szybko i nie wiem sam kiedy to kilka ważnych/istotnych wydarzeń w sobie zawarły. Niektóre pamiętam doskonale, inne zatarły się tak silnie, że tygodnie stały się dniami, a miesiące jedynie kolejnym wizerunkiem Audrey na ścianie sypialni.
Dzisiaj o jednym z tych, które pamiętam świetnie: epizodzie w korporacji.

Otóż jakiś czas temu, po wysłaniu ok. 20 aplikacji w formie e-maila otrzymałem propozycję pojawienia się na tzw. interview. Pomyślałem super.
Cóż, rzeczywistość bywa brutalna i diametralnie różna od tego co sobie wymarzymy.
3 etapy (1 telefoniczny i 2 twarzą w twarz), potem 2 tygodniowe szkolenie, dress code, karty czipowe, kody dostępu, klauzule poufności....a potem lądujesz w boxie (kubiku swoim z 2 ściankami gipsowymi o wysokości 1 metra), przez monitorem, słuchawkami na głowie i lecisz robotykę 8,5 h dziennie aż skończy się świat, padnie Ci mózg, lub skoczysz oknem z tego 15 piętra!
Mój epizod w korporacji trwał 3 dni........
A Wasz?

Czy popełniłem błąd? Okaże się.

Sunday, 12 September 2010

Globalna wioska

Wydaje mi się, ze czasem postęp komunikacyjny może być zwyczajnie okropny. Szczególnie w wypadku dostępności informacji w trybie "live". Rozumiem samoloty, które przedostanie sie z jednego końca Europy na drugi zmieniają w 5 rozdziałów nudnej książki, dwie kolorowe gazety lub szybki sen na wysokościach. Na granicy, ale jednak zgadzam się na telefony czy nawet skype, gdy nie dość ze słyszysz to jeszcze widzisz co Twój stary kumpel akurat dzisiaj będzie miał na obiad, jaka ma nowa koszule lub nowa dziewczynę. OK!
Czemu wiec tak wkurwiła mnie dzisiejsza relacja wyścigu Formuly 1 w jednej z komercyjnych telewizji?
Coz, mysle, ze wina to glownie pogody polskiej, ktora aby uciec nieco w eufemizm: nie rozpieszcza, zeby nie powiedziec, ze od conajmniej 3 tygodni chujem smierdzi i psa na dwor nie wygonić! I nagle, kontemplujac na kanapie ten syf za oknem, gdy godzina 14:30 wyglada juz jak conajmniej 19 widze tych Wlochow!! Podkoszulki, gole klaty, okulary sloneczne, krotkie spodenki! Kuuurwa mac! nie wtrzymalem! Niby nic, a jednak lot odpalony- bomba frustracji pogodowej ruszyla!

Tuesday, 7 September 2010

Repatriant na dorobku

Blog powinien byc chyba w swoim zalozeniu, swojej idei powstania, odzwierciedleniem mysli, dzialan i wydarzen z zycia swojego autora. Takim zerojednynkowym zapisem tego co w realu.

Moj ostatni wpis tutaj to luty 2010............
Slomiany zapal? Byc moze. Natlok wydarzen? No toz tylko o nich blogowac tak? Coz.......

Dzieki Bogu (w Boga nie wierze, ale wyrazenie utarlo sie i w mojej swiadomosci jezykowej) udalo mi sie dobic juz wrzesnia roku panskiego (kolejne!!!).
Zmian co niemiara! Ale poniewaz nie mam zamiaru ocierac sie tutaj o zaden elektroniczny exhibicjonizm nie bede o nich mowil wcale. Jedno jest jasne: Anglia zamienila sie w Polske, kamienista plaza w wykaszany nieregularnie trawnik i betonowy chodnik! Zimne lato i ciepla jesien w cieple lato i cholernie zimna jesien! Tyle co do zmian na ten moment. O kolejnych zapewne niebawem.
Wazne jest jedno: Polska nie taka straszna a kto mowi inaczej ma jakies ukryte powody. Generalizowac nie warto i nie powinno sie, chyba ze na sile chce sie samemu sobie i wszystkim dookola udowodnic cos co istnieje tylko w czyjejs glowie. Kropka. Koniec manifestu!

P.S. Polskie znaki zapisu powroca gdy w koncu i moj komputer odzyska swiadomosc przebywania w tym kraju w srodku Europy, gdzie samochody ciagle.....itd. Jak narazie dumnie trzyma sie swojego przekonania ze za rogiem stoi fish and chips a ekipa jezdzi z lewej strony. Walka trwa.